#131 Postautor: BrandonRoy » 4 sierpnia 2019, o 00:57
Ja jeszcze w sprawie tego domniemanego szczęścia, które uratowało Motor. Otóż szczęście to w sporcie rzecz wyjątkowo niewymierna.
Doskonale poczułem je w tym sezonie jako kibic Motoru. Istna ekstaza. Pierwszy raz - w końcówce meczu z GKM. Drugi, ten najlepszy, miał miejsce w Toruniu.
Moment, w którym siedzisz na trybunie głównej Motoareny ze szklaneczką czegoś lepszego i oglądasz jak twój klub równie stanowczo co miarowo demoluje miejscowy zespół „który przecież nigdy nie spadł” - bezcenne. Czyste szczęście.
Gdy w stosownej żółtej koszulce idziesz przed nominowanymi do toalety, spotykasz znajomego z Ostrowa w towarzystwie Mateusza Ponitki i odpowiadasz na pytanie „jak bardzo szczęśliwy w skali od 1 do 10 jesteś?”. Dycha!
Po meczu długo nie możesz opuścić tego stadionowego baru dla miejscowych vipów. Nie dlatego, że barman dobrze polewa. Niekłamaną satysfakcję sprawia ci widok toruńskiej, żużlowej wierchuszki, zgromadzonej dwa stoliki dalej wokół Jacka Gajewskiego. Zamawiają kolejne butelki, ale atmosfera się nie poprawia. Urocza stypa!
Na dodatek na widok twojej koszulki wszyscy kłaniają ci się nisko. Szczęście!
Ale kibice postrzegają element szczęścia w sporcie zupełnie inaczej niż sami sportowcy. Powód? Kibice nie mają wpływu na przebieg rywalizacji i są skłonni przyjmować, że wynik w dużej mierze zależy od… szczęścia właśnie. To głównie efekt tego, że większość kibiców nigdy nie uprawiała sportu na tak wysokim poziomie, by poświęcać mu - jakkolwiek górnolotnie by to zabrzmiało - życie.
Tocząca się tutaj dyskusja „czy Motor miał szczęście, że trafił na tak słaby Toruń” to książkowy przykład tego typu sytuacji. Hasło to dla każdego żużlowca Motoru i każdego z pracowników klubu jest po prostu obelgą.
Wyobraźcie sobie takiego maratończyka. Amatora. Kilka lat buduje podstawową sprawność sportową (czytaj: Kępa i jego ekipa - podstawy funkcjonowania klubu), by móc osiągnąć wymarzony wynik, dajmy na to przebiec maraton poniżej trzech godzin (awansować do ekstraligi). Przed samym startem docelowym czeka go jeszcze kilka miesięcy ciężkiej harówki (kompletowanie składu). Na koniec kupuje najdroższe na rynku buty (Łaguta). Startuje i pyk: 2:59. Z zegarkiem na ręku.
Tydzień później jedzie na obiad do teściów. Po drugiej stronie siedzi Seba - zapuszczony szwagier. Po chwili podnosi głowę znad swojej golonki i oznajmia:
- Stary, ale podczas tego maratonu to miałeś kupę szczęścia. Przecież zapowiadali upał, a ostatecznie było tylko 15 stopni. Na dodatek jak byłeś na trzydziestym kilometrze zaczęła padać ta orzeźwiająca mżawka. Przecież bez niej nie dałbyś rady.