sadychor pisze:Fajnie wiedziec, ze jest Tobie (i Gelowi) obca postawa jw, ale przez takie "stao sie" kilku juz z tego sportu odeszlo w zaswiaty.
Dajcie spokoj, w sporcie zawsze jest przegrany i wygrany. Nazywanie pokonanego "frajerem" jest najzwyczajniej w swieci chamskie.
(...)
To ze w klubie nikt nad nimi nie wisi jak kat i po meczu sie usmiechnie oraz podziekuje za walke jest ewenementem.
Wiem, na czym polega hiperbola i sam jej nieraz używam w dyskusji, ale tym razem chyba się po prostu nie rozumiemy.
Nie wiem, jak innym, ale mnie nie chodzi o szczucie tych, którym się nie wiedzie. Nikogo też nie nazwałem frajerem. Nie zgadzam się natomiast zupełnie z podejściem na zasadzie "osiągnęliśmy cel, teraz się bawimy", które jest podejściem niepoważnym, nieprofesjonalnym, niegodnym sportowca, a przede wszystkim demotywującym dla zawodników. Nie mam pretensji do zawodników, tylko do klubu, który powiedział, że "nic się nie stało", zanim zawodnicy stanęli do walki o awans w rundzie finałowej.
Tak, uważam, że Prezes zdemotywował naszych jeźdźców. Wydaje mi się, że zawodnik, stając na starcie, ma szereg różnych motywacji - i im więcej, tym lepiej. Jedzie dla pieniędzy. Jedzie dla kibiców. Jedzie dla pieniędzy. Jedzie dla wywalczenia sobie pozycji negocjacyjnej na przyszły sezon. Jedzie dla pieniędzy

Co dziesiąty pewnie też czasem jedzie dla klubu. Dla żony. Dla dzieci. Żeby zaimponować koleżankom z klasy. Dla zaspokojenia sportowej ambicji.
Jeżeli natomiast prezes klubu defacto w połowie sezonu mówi, że cel sportowy został już osiągnięty, to istotne elementy motywacyjne natychmiast odpadają. Zawodnik ma wrażenie sportowego spełnienia, pewnej sytuacji na przyszły rok i generalnie, że spisał się, wszyscy go kochają i jest super. Oczywiście, nadal zależy mu na pieniądzach, ale zaczyna je traktować jak wartość dodaną do czegoś, co miał osiągnąć i co już osiągnął. A jak się nie uda, to cóż. "Nic się nie stało".
Praca pod presją to normalne zjawisko bez względu na jej rodzaj pod każdą szerokością geograficzną. Każdy walczy choćby z czasem, nawet sprzątaczka. Sport zawodowy to w pewnym sensie praca, do tego specyficzna, bo wywołująca emocje tysięcy ludzi, eksponowana w najdrobniejszych szczegółach, obiecująca sławę i - co moim zdaniem najważniejsze - wielkie pieniądze. Jeśli stajesz do walki, w przekroju sezonu, o setki tysięcy złotych, to sorry, ale musi temu towarzyszyć presja ze strony przynajmniej tego, kto te pieniądze wykłada. Wszędzie tak było, jest i będzie. Presja ma oznaczać oczekiwanie maksymalnego przygotowania, ambitnej postawy, zrobienia wszystkiego, co można zrobić, aby wygrać. Taka presja musi być. Tymczasem zawodnikom powiedziano, że nawet jak nie zdobędą już ani jednego punktu, to i tak są zajebiści.
Dla mnie to jest chore.