Stefan Smołka na portalu Sportowe Fakty pisze:To wspomnienie przyszło mi pisać w dzień szczególny, w trzecią rocznicę śmierci Jana Pawła II. Przypadkowa zbieżność dat. Ta wiadomość musiała okryć żużlowy świat żalem nieukojonym. Oto Władysław Pietrzak zmarł w Warszawie. Odszedł jeden z największych ludzi żużla. Długotrwała choroba i trwające już czas jakiś pełne godności umieranie pana Władysława zapowiadały rychły kres tego doczesnego trwania, ale jakoś ciężko przychodzi godzić się z tym, co nieuchronne.
To był jeden z tych, co im Pan Bóg w chwili urodzenia (1919 rok) do krwi dyskretnie namieszał sproszkowanego żużla, oleju silnikowego i odrobiny motocyklowych spalin. Odtąd nie mógł już funkcjonować poza branżą. Dla tego co robił oddawał całego siebie, był dla sportu żużlowego filarem, opoką, snopem światła w chwilach ciemności. I nic tego nie zmieni, nawet kontrowersyjne decyzje i poglądy Pana Władysława.

Polak – patriota, Powstaniec Warszawski, żołnierz AK, już przed wojną działał jako członek PZM i dziennikarz. Po wojnie był wziętym fachowcem, inżynierem, niezrównanym znawcą tajników motoryzacji. Jako działacz sportowy – energiczny, stanowczy, efektowny i efektywny. Działając z poświęceniem w strukturach okręgowych, w Śląsko-Dąbrowskim Okręgu Polskiego Związku Motorowego – tuż po wojnie, potem w centralnych, krajowych i wreszcie jako niezwykle ceniony funkcjonariusz światowej federacji motocyklowej, był wszędzie podziwiany za przygotowanie merytoryczne i kompetencje. Bywał na stadionach kierownikiem, oficjalnym obserwatorem, ekspertem, sędzią, a nawet, bywało, spikerem zawodów. Był jakże płodnym dziennikarzem – ze swadą mówiącym, żywo piszącym i z pasją komentującym. Całym swoim bogatym życiem kreślił piękne rozdziały historii polskiej motoryzacji i sportu żużlowego.
Jeszcze tydzień temu Pani Teresa Juraszek, opiekująca się chorym z „ramienia” wielkiej żużlowej rodziny – jak sama o sobie mówi, a przecież wyłącznie ze swojej wspaniałej bezprzykładnej woli (za co słowa najszczerszych podziękowań, Pani Teresko!), w przejmujących słowach pisała do Tygodnika Żużlowego, w artykule pt. „Nie jest anonimowym staruszkiem”, o złym stanie zdrowia Pana Władysława, kończąc swój tekst słowami: „Żałuję, że nie mam bardziej optymistycznych wieści...”. Nie minął nawet tydzień... – niezbadane wyroki?...
Nie wiem, czy godzien jestem komentować to wielkie Odejście. Nie miałem niestety szczęścia znać osobiście Pana Władysława Pietrzaka, choć widywałem czasem jego wyniosłą postać z kibicowskiej oddali. Ale... wertując opasłe tomy „żużlowej” literatury, czy też pożółkłe wycinki starych gazet, nazwisko Władysława Pietrzaka ciągle wracało do mnie z regularną uporczywością – chcąc nie chcąc, stale i bez przerwy – niczym bumerang. Nie znając Człowieka, czuło się, że to musi być postać wielka, nie tylko aktywnie funkcjonująca w określonej rzeczywistości, ale też najwyraźniej ją kształtująca.
Redaktor Wiesław Dobruszek, niestrudzony tropiciel pozacieranych śladów żużlowej przeszłości, odwiedził Pana Władysława w minionym roku w Warszawie, wspominał mi potem o wesołym usposobieniu ciężko już chorego człowieka, który wcale nie narzekał, podśpiewywał sobie nawet skoczne piosenki po czesku. W listopadzie ubiegłego roku Pan Władysław skończył 88 lat. Piękny to wiek, którego większość z nas z pewnością nie dożyje. Ale my wiemy, że taki Człowiek powinien żyć dłużej, sto i więcej lat. Bo tego mu przecież szczerze życzyliśmy, rok po roku, wsłuchując się w mądrość jego wywodów, ważkie słowa, dobrotliwe napomnienia, uderzające choćby z tekstów jakie dla potomnych zostawił. Dziś zostaliśmy osieroceni, sami z porażającą świadomością, że nikt nam Go już nigdy nie zastąpi.
Odszedł człowiek – żywot spełniony, została ikona. Panie, świeć nad Jego duszą, nie szczędząc blasku swego miłosierdzia!